Czy kiedykolwiek byłeś w miejscu w którym przestałeś wierzyć, że wszystko co wydarzyło się w Twoim życiu dotychczas miało na celu tylko Cię wzmocnić, sprawić że będziesz niepokonany człowiekiem i upadasz by któregoś dnia obudzić się i poznać TO uczucie, które inni nazywają SZCZĘŚCIEM...
Dziś w TO nie wierzę, znalazłam się w miejscu w którym jest tak kurewsko czarno, zimno i ból przeszywa każdą kość w Twoim ciele, że śmieszne byłoby wierzyć w światło pośród NICZEGO.
Już dawno o NIEJ nie myślałam, już dawno jej nie pragnęłam, utknęłam w monotoni, która dawała mi minimalne bezpieczeństwo i to wystarczało bym nie chciała popełniać wewnętrznego samobójstwa, bym nie pragnęła śmierci badziej niż czegokolwiek innego....OStatni czas to jakiś żart - kobieta która dała mi życie, którego nienawidzę niszczy mnie każdego dnia, każdego dnia udowadnia mi że urodzenie mnie to największy błąd w jej życiu. Niestety ja nie mogłam zadecydować lecz prawdą jest iż niektórzy nie powinni byli zostać rodzicami... Wiele lat walczyłam o jej uznanie, miłość i miałam nadzieję, że kiedyś powie '' jestem z Ciebie dumna "- już nie ma to dla mnie znaczenia. Przez całe swoje istnienie analizowałam sama siebie, zastanawiając się dlaczego mnie nie zauważa, nie słucha, nie kocha.... Dziś nienawidzimy siebie wzajemnie a mimo to potrafi rozjebać mój umysł jednym zdaniem, nie wiem jak to działa - tylko ona sprawia że w sekundę mam ochotę rozjebać sobie głowę o ścianę i nienawidzę się za to że żyje. Przykre?? Niekoniecznie, kiedyś płakałam każdego dnia, prosiłam Boga, STwórcę lub KOGOLOWIEK odpowiedzialnego za nasze istnienie by sprawił że mnie zaakceptuje i pokocha aż któregoś dnia się obudziłam i przestałam błagać o MIŁOŚĆ której nigdy dla mnie nie miała... I chociaż wiem, że muszę iść dalej to jakaś cześć mnie nie potrafi zrozumieć jak można traktować ludzi z którymi Miszka się pod jednym dachem jak najgorszych wrogów, milczeć odwracać wzrok lub powtarzać jak beznadziejni są... Tak właśnie wygląda Miłość mojej Matki to stawianie wymagań, ciągle niezadowolenie, traktowanie obcych jak najważniejsze osoby w życiu, ignorowanie męża, dziecka i MILCZENIE bądź jeśli już jest za miło szukanie pretekstu by wykrzyczeć całemu światu jakim ŚMIERDZĄCYM GÓWNEM dla niej jesteśmy...
Od tego się zaczęło, później poszło już jak lawina - problem gonił problem aż okazało się, że moje serce ma dość i biło tak szybko i tak bezsensownie iż pomyślałam, że może to TEN moment, że tak wiele lat błagałam o śmierć iż wkoncu zostałam wysłuchana.
Gówno!!!
To kolejny przystanek w drodze do udowodnienia mi jakim BŁĘDEM jestem. Sądziłam, że nadejdzie dzień kiedy odpokutuje swoje grzechy, przestanę czuć wstyd i nienawiść do samej siebie za to że byłam tak głupia i tak naiwnie wierzyłam w MIŁOŚĆ - tak bardzo się myliłam.
Dziś znów pomyślałam, że może powinnam sama podjąć decyzję o skróceniu tego przedstawienia. Nie mam siły oddychać powietrzem które mnie otacza, nie mam siły wierzyć, że ten cały BÓL jest po coś, że dostałam taka dawkę chujowego istnienia, że naprawdę jest gdzieś moment kiedy to wszytko będzie nie ważne a ja odnajdę spokój.... I przestanę walczyć każdego dnia, każdego dnia upadać ryjem w błoto i czuć flegme opluwajaca moja duszę i czuć ból przy każdym kopnięciu ludzi, którzy powinni pomoc mi żyć a robią wszystko bym to życie zakończyła.
Mam 33 lata i popełniłam wiele błędów. Kochałam tak toksycznie, że byłam wstanie zrobić wszystko dla człowieka, który manipulował moim bólem i pragnieniem miłości. Potem zmarnowałam 5 lat na KLAMCE który miał być "na zawsze" a jakby tego było mało, pozwoliłam alkoholikowi wejść w moja duszę i pozwoliłam sercu uwierzyć, że jest prawdą i kimś kto CISZĄ mówił więcej niż ktokolwiek inny. Odpuściłam pragnienie MIŁOŚĆI - nie dam rady kolejny raz popaść w jakąś paranoje wierzenia, że jest ktoś dla kogo mogę coś znaczyć.
Przestałam czuć potrzebę bycia z kimś, polubiłam samotność. Praca, dom, książka, netflix, Haze i to było bezpieczeństwo mojej głowy, które mi odpowiadało aż okazało się że zbyt długo trwałam w zawieszeniu depresji na lewelu, który był znośny.
Znów czuje się jak GÓWNO które nie powinno było się urodzić. Znów czuje że jestem tak nie znacząca istota, że bez znaczenia czy oddycham czy zniknę.
Dziś znów pomyślałam, że nie dam rady już dłużej walczyć z ciemnością która mnie otacza i że naprawdę chciałabym odebrać sobie życie w szybki, bez bolesny sposób tylko co jeśli TAM gdzie trafię wcale nie będzie lepiej.... Co jeśli TU wrócę i wcale nie zmienię niczego...
No właśnie, to jedyna kwestia która sprawia, że wciąż TU jestem i oddycham, ledwo ale jednak.
Jak walczyć o kolejny dzień skoro Boli mnie wszystko i jestem już zmęczona...
Płaczę z żalu, że nawet śmierć mnie przerasta i nie potrafię sama tego zrobić tylko liczę że ktoś wkoncu wysłucha mojej serenady rozpaczy.
Naprawdę już WYSTARCZY sprawdzania ile jeszcze wytrzymam - to już ten moment kiedy się poddaje, LOSIE rób co chcesz, ruchaj moja duszę i psychikę jak Ci się podoba, sprowadzaj na mnie najgorsze emocje ale pozwól mi przestać czuć się tak obrzydliwie i tak beznadziejnie. Uczucie, że Twoje istnienie to tylko rozczarowanie w oczach taty, który ratuje Cie za każdym razem. Łzy bo wiesz że naprawdę się starasz a mimo wszystko NIE zmienia się nic jest CIEMNO, ZIMNO i śmierdzi a w tym wszystkim jesteś Ty - beznadzieja, rozpacz, depresja, żal, żart losu, pomyłka istnienia.
Jak długo jeszcze mam żyć???